gertrud blog

Twój nowy blog

Wpisy z tagiem: refleksje

Miałem pisać o czymś innym, ale „pierścienie czystości” mnie na tyle zaintrygowały, że zdecydowałem się na oddanie na nie głosu. Otóż pomysł jest bardzo ciekawy, a inicjatywa księży naprawdę fajna. Cieszy fakt, że kościół coraz częściej przekazuje swoje idee w inny sposób niż trzydziesto minutowe kazania (O ile 30 minut przy dobrej porcji publicystyki katolickiej znieść można, a tyle pół godziny rzępolenia o niczym jest katorgą).

Przyznaję się bez bicia, że mam pierwszy raz styczność z ideą „pierścieni czystości” i jestem zaskoczony. Myślę sobie – „Kurczę, naprawde fajna inicjatywa”. I byłbym pewnie o tym przekonany jeszcze długo, ale coś mnie skusiło do przejrzenia internetowych zasobów na ten temat. Okazuje się, że pierścienie powstały bite 15 lat temu z inicjatywy ugrupowań chrześcijańskich propagujacych czystość przedmałżeńską. Gdzie? W USA oczywiście…
Skoro już ujawniłem, że pomysł jest amerykański, to nie muszę chyba wspominać o tym jak bardzo został skomercjalizowany? Pierścienie noszą gwiazdy popkultury, aktorzy i inne sławne osobistości. Niby wszystko ok – wyrażają swoje poglądy, mają mocno chrześcijańskie przekonania. Problem pojawia się dopiero, gdy akcję zaczyna wspierać ktoś pokroju Britney Spears (a wspierała swego czasu), czy pewnej nastoletniej „gwiazdeczki” showbiznesu (nazwiska nie pamiętam), która miała swoje półnagie zdjęcia do obejrzenia w sieci. Nasuwa się więc zasadnicze pytanie – piekna idea, czy po prostu moda i lans?

Do końca 2007 roku pierścienie założyło (dane z USA) około 5 milionów nastolatków. Czyżby wszyscy złożyli śluby czystości? Jak dla mnie wątpliwe… Okazuje się więc, że amerykańskie firmy jubilerskie skorzystały na pomyśle. W ciągu kilku lat przerobiły go na biznes. Smutne, ale niestety prawdziwe. Ciekawostką może być fakt, że jeden z droższych tego typu pierścionków, wykonany z białego złota i brylantów to wydatek rzędu 600 dolarów. Rzeczywiście w sam raz na kieszeń nastolatka…

A jak jest w Polsce? Tutaj wszystko się zaczęło 2 lata temu w małej miejscowości Zabawa. Pierścień czystości nosi u nas miano „pierścienia czystości błogosławionej Karoliny” i są związane z pewnym wydarzeniem z roku 1914. Wówczas 16-letnia Karolina Kózkówna broniła się przed gwałtem ze strony rosyjskiego żołnierza. Zamordował ją. 22 lata temu papież Jan Paweł II ogłosił ja błogosławioną. Istnieją jakieś przesłanki o kanonizacji, ale niestety nie dotarłem do żadnych źródeł (możliwe, że to tylko plotki). Od tego czasu błogosławiona Karolina stała się patronką czystości wśród młodzieży. Na pomysł wpadł kustosz sanktuarium poświęconego zmarłej, znajdującego się w miejscowości Zabawa (która była parafią Karoliny). W naszym kraju idea nie rozwija się tak prężnie jak za oceanem, ale trzeba przyznać, że cieszy się dużą popularnością już od samego powstania. Na chwilę obecną pierścienie nosi już kilka tysięcy młodych Polaków. W przeciwieństwie do USA nie jest to w tak dużym stopniu lansowane przez barwne postacie showbiznesu i z moich obserwacji wynika, że na ogół ma charakter mocno duchowy. Chwali się to nam.

A teraz odnośnie samego pomysłu i moich przemyśleń na ten temat. Otóż jak już wspomniałem – w założeniu jest to wspaniała inicjatywa, która pomaga ludziom budować trwałe związki oparte na czystej, nieskalanej miłości, a nie pożądaniu. W dobie, gdy co czwarte małżeństwo w Polsce kończy się rozwodem, jest to bardzo potrzebne moim zdaniem. Otóż żyjemy w świecie, gdzie seks jest chlebem powszednim. Widzimy go na bilboardach, w telewizji, na słupach ogłoszeniowych, w prasie itd. Młody człowiek często jest przesiąknięty durną ideeologią płynącą z gazet pokroju „Bravo” i czuje się wręcz zobowiązany do pewnych wzorców zachowań (jak np. pierwszy stosunek seksualny w wieku 17 lat – bo tyle wynosi średnia). Na szczęście moda, na szybkie tracenie dziewictwa powoli mija. Coraz częściej do głosu dochodzą rzesze tych, którzy konsumpcje związku zostawiają do sakramentalnego „tak”. Z jednej strony mnie to cieszy, a z drugiej nieco martwi. Bo jeśli grono tych osób się ciągle powiększa, to mogą się niedługo stać pożywką dla jakiegoś koncernu jubilerskiego, czy innego komercyjnego przedsiębiorstwa, a wtedy już niedaleka droga do powtórzenia „sukcesu” USA.

Powyższy tekst mógłbym równie dobrze nazwać wyznaniami hipokryty. Dlaczego? To niech będzie moją słodką tajemnicą ;)

Życie jest pełne testów. Tym nieco patetycznym stwierdzeniem zaczynam kolejną notkę. A jak się nietrudno domyślić będzie ona traktowała o jednym z takich testów. Maturę zdaje w naszym kraju ponad połowa obywateli. Jest to egzamin otwierający drogę ku dalszej edukacji. Każdy marzy o tym, by zdać i to z dobrym wynikiem.

Będąc jeszcze w gimnazjum myślałem o maturze jak o najgorszym piekle. W moich oczach była arcytrudnym i wymagającym egzaminem, który oblewa większość przystępujących. I trwałem w tym przekonaniu gdzieś do drugiej klasy LO. Tam wylano na mnie kubeł zimnej wody. Otóż okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Egzamin dojrzałości w istocie nie jest wcale aż tak ciężki, zwłaszcza jeśli chodzi o poziom podstawowy. Większość pytań tam zawartych do osiągnięcia magicznych 30% wymaga jedynie logicznego myślenia. Wbrew pozorom jakaś wyszukana wiedza okazuje się zbędna. Dlatego dziwią mnie ludzie, którzy mówią, że to trudne. Mam znajomego w szkole zawodowej, który przystąpił do matury z WOSu bez żadnego przygotowania i zdał ją na 34%. Wprawdzie nie jest to imponujący wynik, ale zdał.

I teraz nasuwa się pewne pytanie… Otóż skoro 90% ludzi przy odrobinie samozaparcia i wiedzy może zdać przyzwoicie maturę oraz dostać się na uczelnię wyższą, to czy jest to sprawiedliwe wobec tych, któzy zdają ją na wysokim poziomie? W moim mieście znajduje się Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa (słynne Pewues-zety). Tutejsi studenci w 70% wywodzą się z techników i zawodówek. Po ukończeniu szkoły będą mogli się chwalić wyższym wykształceniem, a nawet tytułem magistra (bo od niedawna pojawiła sie taka możliwość). Czy jest to fair wobec tych, którzy ukończyli Uniwersytet Jagieloński, czy Politechnikę Warszawską?

Składamy CV, aby zaciągnąć się do jakiejś pracy. Obok nas pracodawca ma do wyboru kilka innych osób o takim samym wykształceniu. Jaką mamy gwarancję, że będzie patrzył na to jaki poziom reprezentuje ukończona przez nas szkoła? Otóż żaden. Może się okazać, że wygryzie nas absolwent PWSZ, który przez całą swoją edukację zbijał bąki (Bo powszechnie wiadomo, że Państwowa Wyższa… nie jest szkołą, gdzie potrzeba dużych nakładów pracy).

Polski system edukacji jest nieco upośledzony pod tym względem niestety. Bowiem ludzie o różnych kwalifikacjach i wiedzy stają na tym samym poziomie pod względem wykształcenia. Sądzę, że wynika to z za małych wymagań względem uczelni. Szkoły, które kształcą w sposób dostateczny stają przy boku szkół, które budują polską inteligencję. I na dodatek absolwenci tych szkół mają niemalże taki sam start.

Miało być o maturze, a zrobiło się studencko i narzekająco. W zasadzie mógłbym ów problem wyłuszczyć bardziej i więcej się rozpisać, ale nie chcę przynudzać ewentualnych czytelników. Na pytania zadane w tekście proponuję sobie odpowiedzieć samemu – mam nadzieję, że dojdziecie do podobnych wniosków, a jeśli nie, to podyskutujecie ze mną w komentarzach ;)

Zimno, smutno, szaro, buro i ponuro. Słowem – złota, polska jesień. Tą piękną ironią zaczynam kolejny tekst z rodziny „tych powazniejszych”.

Pogoda nas nie rozpieszcza. Po zimnym i niezbyt udanym lecie, które skończyło się wyjątkowo szybko, mamy jeszcze zimniejszą jesień. Żeby tak pojawił się śniego, to człowiek by się inaczej czuł wśród bieli, a tymczasem taplamy się w błotku obserwując ponure krajobrazy, a ich nastrój udziela się zdumiewająco szybko. Zaczyna brakować na wszystko siły i ochoty, problemy robią się jeszcze większe niż są w rzeczywistości, a wszystko co do tej pory cieszyło, staje się jakby mniej cieszące. I tak mijają te trzy, czasem cztery miesiące.

Dosyć ponury początek… Cóż, cały artykuł będzie chyba taki. W zasadzie mam ochotę pisać o wszystkim, ale ze względu na wyczucie dobrego smaku i krytykę wobec samego siebie nie zrobię tego (Co też może się okazać dla drogiego czytelnika zbawienne). Mamy pisać o jesiennej chandrze tak? Ciężka sprawa…

Czym właściwie jest owa chandra? Myślę, że wymawiając te dwa słowa, nie mamy na myśli żadnych poważnych chorób psychicznych (vide depresja), ani zaburzeń, czy wyolbrzymionych „dołów” autorstwa przewrażliwionych nastolatek. Swoją drogą – „dół” stał się chyba już słowem dośc infantylnym, bynajmniej w moim mniemaniu kojarzy się wyłącznie z gimnazjalistą, którego nie chce „ukochana” (tudzież „ukochany”, ażeby się gimnazjalistki nie poczuły bezkarnie). Cóż… Jestem podły. Wracając jednak do tematu. Jesienna chandra jest zapewne stanem psychicznym wywołanym przez pewne czynniki (charakterystyczne dla tej pory roku). Tak więc możemy tutaj wymienić ogólną pluchę i szarówkę, wczesne wieczory oraz diametralne spadki temperatury. Niczego odkrywczego w zasadzie nie napisałem, ale skoro mam już obrany taki temat, to spróbuję go wyczerpać (przynajmniej w pewnym stopniu). Z naukowego punktu widzenia jedną z przyczyn chandry jest też brak promieni słonecznych, które poprawiają samopoczucie i działają kojąco na psychikę (Coś w tym jest – w słoneczne poranki chce się wstawać znacznie bardziej).

Wyobraźmy sobie osobę z chandrą. Nie, nie jest to ubrany na czarno, długowłosy pan (tudzież pani) z ranami po żyletce na przedramionach i o ponurym wyrazie twarzy (nie wspominając o podkrążonych oczach). Ów sławny emo, tak? Nie bardzo kultywuję modzie na drwienie z depresyjnych (co wynika zapewne z wrodzonego nonkonformityzmu), bo toleruję ich tak samo jak wiele innych odmian ludzi. Po prostu chciałem wykreślić jedną z opcji (pewnie najprawdopodobniejszą), którą wybierze wyobraźnia drogiego czytelnika na słowa „osoba z chandrą”. Tacy ludzie są wśród nas i wbrew opiniom daleko im do powyższego opisu, ale to nie znaczy, że trudno ich wyśledzić. Otóż śmiem twierdzić, że uważna obserwacja podejrzanej o chandrę osoby powinna dać wymierne efekty. Pewnie nie każdy przeżywa to tak samo, ale podejrzewam, że w większości przypadków mamy do czynienia z bardzo podobnymi objawiami: chwilowymi wyłączeniami się na świat zewnętrzny, popadaniem w zadumę, smutniejszym niż u innych wyrazem twarzy, obojętnością i dystansem do okazywania uczuć (w zasadzie to obojętnością i dystansem do wszystkiego). Po co to piszę? Ano wystarczy wyobrazić sobie sytuację, w której rozmawiają dwie osoby. Jedna przytłoczona ostatnimi problemami oraz jesienną atmosferą, a druga wyluzowana, szczęśliwa i ogólnie beztroska. Czy jeżeli nasz optymista zacznie sypać przechwałkami i opowiadać o swoich sukcesach, to będzie miało to pozytywny wpływ na smutasa? No właśnie – Ot taka mała przestroga.

Jeżeli już jestem przy kontaktach interpersonalnych, to myślę, że warto zastanowić się nad tym jak podchodzić do przygnębionej osóbki. Tutaj o dziwo użalanie się, wspieranie i solidaryzowanie  jest nieskuteczne (No bo jak skuteczne może być to, że usiądzie ktoś obok, spuści głowę i zacznie farmazonić, iż jest do d***). Po raz kolejny sprawdza się broń optymistów – żarty. Nie ma nic lepszego na jesienną chandrę niż uśmiech (Ba! Uśmiech jest dobry na wszystko!). Jednak każdy dowcip, żart, czy też anegdotka musi być dobrze przemyślana i subtelna. Można sobie pozwolić na pewną dozę spontaniczności, ale w nadmiarze pewnie doprowadzi ona do palnięcia jakiegoś głupstwa. Jeżeli wszystko pójdzie jak należy i na twarzy smutaska zagości uśmiech, to są powody do dumy, bo właśnie drogi czytelnik spełnił dobry uczynek.

Jak to przechodzi? Myślę, że samo mija, kiedy zrobi się jaśniej. Dominująca biel za oknem i odbijające się od niej promienie słońca mogą być zbawienne. Z każdym dniem pojawiać się będą nowe okazje do tego, żeby poprawić swoje samopoczucie (Bitwa na śnieżki jest zabawą dla ludzi w każdym wieku! I kropka!). W końcu przyjdzie wiosna, wyższe temperatury, a wraz z nimi słońce i wszechobecna zieleń. Jeżeli nasza chandra (czy jak kto woli to zjawiskonazywać) nie przekształciła się w nic poważnego (a jeśli jej na to nie pozwolimy, to nie ma szans), to wszystko znów zacznie zachwycać, a energia wróci ze zdwojoną siłą.

Czego, i sobie, i każdemu z was życzę.

Tym optymistycznym akcentem zakończymy na dziś.

Eureka!

Każdy chełpi się tym, że marzy, pragnie, rozmyśla… Czasem odnoszę wrażenie, że to stało się modne – marzyć o czymś. Nawet jeśli ktoś ich nie posiada, to i tak sobie jakieś wynajdzie „bo wszyscy mają”. A ja nie marzę, czemu?

Odkąd pamietam zawsze byłem realistą. To czego pragnąłem raczej traktowałem jako cel, a nie marzenie. Nie rozmyślałem o tym, co chciałbym mieć, tylko raczej jak to zdobyć. Tak było z ukochaną kobietą, komputerem, dobrą szkołą etc. Tak jest i teraz, kiedy jako cel postawiłem sobie przyzwoitą pracę, wspólne mieszkanie z Nią i zaoczne studia prawnicze. Nie traktuję tego jako marzenia, bo wiem, że są osiągalne. A pragnienia, które jesteśmy w stanie zaspokoić to wg mnie cele.

Niewykluczone, że po prostu inaczej definiuję marzenia i cele niż większość społeczeństwa. Co prawda przyznaję, że czasem mam różnorakie wyobrażenia o mojej przyszłości z Nią, ale czy to są aby na pewno marzenia? Jak dla mnie to jedynie wyobrażenia tego, jak miałoby/powinno być za kilkanaście lat. Brzmi jakbym bał się słowa „marzyć”, co?

Kiedyś moja luba zapytała mnie, czy czasem tuż przed zaśnięciem sobie rozmyślam i marzę. Odpowiedziałem, że nigdy tego nie robiłem i w zasadzie chyba nie potrafię marzyć. Poprosiła mnie, żebym tego dnia wieczorem spróbował. Spełniłem jej proźbę. Próbowałem wyobrażać sobie, różne sceny z przysżłości, rzeczy któe chciałbym mieć… Pewnie nikt  sobie nie zdaje sprawy ile trudu mnie to kosztowało.

Nie umiem spontanicznie marzyć… Ale to czego pragnę, to chyba marzenia. Przekonam się o tym pewnie prędzej, czy później…


  • RSS