gertrud blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2009

Miałem pisać o czymś innym, ale „pierścienie czystości” mnie na tyle zaintrygowały, że zdecydowałem się na oddanie na nie głosu. Otóż pomysł jest bardzo ciekawy, a inicjatywa księży naprawdę fajna. Cieszy fakt, że kościół coraz częściej przekazuje swoje idee w inny sposób niż trzydziesto minutowe kazania (O ile 30 minut przy dobrej porcji publicystyki katolickiej znieść można, a tyle pół godziny rzępolenia o niczym jest katorgą).

Przyznaję się bez bicia, że mam pierwszy raz styczność z ideą „pierścieni czystości” i jestem zaskoczony. Myślę sobie – „Kurczę, naprawde fajna inicjatywa”. I byłbym pewnie o tym przekonany jeszcze długo, ale coś mnie skusiło do przejrzenia internetowych zasobów na ten temat. Okazuje się, że pierścienie powstały bite 15 lat temu z inicjatywy ugrupowań chrześcijańskich propagujacych czystość przedmałżeńską. Gdzie? W USA oczywiście…
Skoro już ujawniłem, że pomysł jest amerykański, to nie muszę chyba wspominać o tym jak bardzo został skomercjalizowany? Pierścienie noszą gwiazdy popkultury, aktorzy i inne sławne osobistości. Niby wszystko ok – wyrażają swoje poglądy, mają mocno chrześcijańskie przekonania. Problem pojawia się dopiero, gdy akcję zaczyna wspierać ktoś pokroju Britney Spears (a wspierała swego czasu), czy pewnej nastoletniej „gwiazdeczki” showbiznesu (nazwiska nie pamiętam), która miała swoje półnagie zdjęcia do obejrzenia w sieci. Nasuwa się więc zasadnicze pytanie – piekna idea, czy po prostu moda i lans?

Do końca 2007 roku pierścienie założyło (dane z USA) około 5 milionów nastolatków. Czyżby wszyscy złożyli śluby czystości? Jak dla mnie wątpliwe… Okazuje się więc, że amerykańskie firmy jubilerskie skorzystały na pomyśle. W ciągu kilku lat przerobiły go na biznes. Smutne, ale niestety prawdziwe. Ciekawostką może być fakt, że jeden z droższych tego typu pierścionków, wykonany z białego złota i brylantów to wydatek rzędu 600 dolarów. Rzeczywiście w sam raz na kieszeń nastolatka…

A jak jest w Polsce? Tutaj wszystko się zaczęło 2 lata temu w małej miejscowości Zabawa. Pierścień czystości nosi u nas miano „pierścienia czystości błogosławionej Karoliny” i są związane z pewnym wydarzeniem z roku 1914. Wówczas 16-letnia Karolina Kózkówna broniła się przed gwałtem ze strony rosyjskiego żołnierza. Zamordował ją. 22 lata temu papież Jan Paweł II ogłosił ja błogosławioną. Istnieją jakieś przesłanki o kanonizacji, ale niestety nie dotarłem do żadnych źródeł (możliwe, że to tylko plotki). Od tego czasu błogosławiona Karolina stała się patronką czystości wśród młodzieży. Na pomysł wpadł kustosz sanktuarium poświęconego zmarłej, znajdującego się w miejscowości Zabawa (która była parafią Karoliny). W naszym kraju idea nie rozwija się tak prężnie jak za oceanem, ale trzeba przyznać, że cieszy się dużą popularnością już od samego powstania. Na chwilę obecną pierścienie nosi już kilka tysięcy młodych Polaków. W przeciwieństwie do USA nie jest to w tak dużym stopniu lansowane przez barwne postacie showbiznesu i z moich obserwacji wynika, że na ogół ma charakter mocno duchowy. Chwali się to nam.

A teraz odnośnie samego pomysłu i moich przemyśleń na ten temat. Otóż jak już wspomniałem – w założeniu jest to wspaniała inicjatywa, która pomaga ludziom budować trwałe związki oparte na czystej, nieskalanej miłości, a nie pożądaniu. W dobie, gdy co czwarte małżeństwo w Polsce kończy się rozwodem, jest to bardzo potrzebne moim zdaniem. Otóż żyjemy w świecie, gdzie seks jest chlebem powszednim. Widzimy go na bilboardach, w telewizji, na słupach ogłoszeniowych, w prasie itd. Młody człowiek często jest przesiąknięty durną ideeologią płynącą z gazet pokroju „Bravo” i czuje się wręcz zobowiązany do pewnych wzorców zachowań (jak np. pierwszy stosunek seksualny w wieku 17 lat – bo tyle wynosi średnia). Na szczęście moda, na szybkie tracenie dziewictwa powoli mija. Coraz częściej do głosu dochodzą rzesze tych, którzy konsumpcje związku zostawiają do sakramentalnego „tak”. Z jednej strony mnie to cieszy, a z drugiej nieco martwi. Bo jeśli grono tych osób się ciągle powiększa, to mogą się niedługo stać pożywką dla jakiegoś koncernu jubilerskiego, czy innego komercyjnego przedsiębiorstwa, a wtedy już niedaleka droga do powtórzenia „sukcesu” USA.

Powyższy tekst mógłbym równie dobrze nazwać wyznaniami hipokryty. Dlaczego? To niech będzie moją słodką tajemnicą ;)

Życie jest pełne testów. Tym nieco patetycznym stwierdzeniem zaczynam kolejną notkę. A jak się nietrudno domyślić będzie ona traktowała o jednym z takich testów. Maturę zdaje w naszym kraju ponad połowa obywateli. Jest to egzamin otwierający drogę ku dalszej edukacji. Każdy marzy o tym, by zdać i to z dobrym wynikiem.

Będąc jeszcze w gimnazjum myślałem o maturze jak o najgorszym piekle. W moich oczach była arcytrudnym i wymagającym egzaminem, który oblewa większość przystępujących. I trwałem w tym przekonaniu gdzieś do drugiej klasy LO. Tam wylano na mnie kubeł zimnej wody. Otóż okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Egzamin dojrzałości w istocie nie jest wcale aż tak ciężki, zwłaszcza jeśli chodzi o poziom podstawowy. Większość pytań tam zawartych do osiągnięcia magicznych 30% wymaga jedynie logicznego myślenia. Wbrew pozorom jakaś wyszukana wiedza okazuje się zbędna. Dlatego dziwią mnie ludzie, którzy mówią, że to trudne. Mam znajomego w szkole zawodowej, który przystąpił do matury z WOSu bez żadnego przygotowania i zdał ją na 34%. Wprawdzie nie jest to imponujący wynik, ale zdał.

I teraz nasuwa się pewne pytanie… Otóż skoro 90% ludzi przy odrobinie samozaparcia i wiedzy może zdać przyzwoicie maturę oraz dostać się na uczelnię wyższą, to czy jest to sprawiedliwe wobec tych, któzy zdają ją na wysokim poziomie? W moim mieście znajduje się Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa (słynne Pewues-zety). Tutejsi studenci w 70% wywodzą się z techników i zawodówek. Po ukończeniu szkoły będą mogli się chwalić wyższym wykształceniem, a nawet tytułem magistra (bo od niedawna pojawiła sie taka możliwość). Czy jest to fair wobec tych, którzy ukończyli Uniwersytet Jagieloński, czy Politechnikę Warszawską?

Składamy CV, aby zaciągnąć się do jakiejś pracy. Obok nas pracodawca ma do wyboru kilka innych osób o takim samym wykształceniu. Jaką mamy gwarancję, że będzie patrzył na to jaki poziom reprezentuje ukończona przez nas szkoła? Otóż żaden. Może się okazać, że wygryzie nas absolwent PWSZ, który przez całą swoją edukację zbijał bąki (Bo powszechnie wiadomo, że Państwowa Wyższa… nie jest szkołą, gdzie potrzeba dużych nakładów pracy).

Polski system edukacji jest nieco upośledzony pod tym względem niestety. Bowiem ludzie o różnych kwalifikacjach i wiedzy stają na tym samym poziomie pod względem wykształcenia. Sądzę, że wynika to z za małych wymagań względem uczelni. Szkoły, które kształcą w sposób dostateczny stają przy boku szkół, które budują polską inteligencję. I na dodatek absolwenci tych szkół mają niemalże taki sam start.

Miało być o maturze, a zrobiło się studencko i narzekająco. W zasadzie mógłbym ów problem wyłuszczyć bardziej i więcej się rozpisać, ale nie chcę przynudzać ewentualnych czytelników. Na pytania zadane w tekście proponuję sobie odpowiedzieć samemu – mam nadzieję, że dojdziecie do podobnych wniosków, a jeśli nie, to podyskutujecie ze mną w komentarzach ;)


  • RSS