Zimno, smutno, szaro, buro i ponuro. Słowem – złota, polska jesień. Tą piękną ironią zaczynam kolejny tekst z rodziny „tych powazniejszych”.

Pogoda nas nie rozpieszcza. Po zimnym i niezbyt udanym lecie, które skończyło się wyjątkowo szybko, mamy jeszcze zimniejszą jesień. Żeby tak pojawił się śniego, to człowiek by się inaczej czuł wśród bieli, a tymczasem taplamy się w błotku obserwując ponure krajobrazy, a ich nastrój udziela się zdumiewająco szybko. Zaczyna brakować na wszystko siły i ochoty, problemy robią się jeszcze większe niż są w rzeczywistości, a wszystko co do tej pory cieszyło, staje się jakby mniej cieszące. I tak mijają te trzy, czasem cztery miesiące.

Dosyć ponury początek… Cóż, cały artykuł będzie chyba taki. W zasadzie mam ochotę pisać o wszystkim, ale ze względu na wyczucie dobrego smaku i krytykę wobec samego siebie nie zrobię tego (Co też może się okazać dla drogiego czytelnika zbawienne). Mamy pisać o jesiennej chandrze tak? Ciężka sprawa…

Czym właściwie jest owa chandra? Myślę, że wymawiając te dwa słowa, nie mamy na myśli żadnych poważnych chorób psychicznych (vide depresja), ani zaburzeń, czy wyolbrzymionych „dołów” autorstwa przewrażliwionych nastolatek. Swoją drogą – „dół” stał się chyba już słowem dośc infantylnym, bynajmniej w moim mniemaniu kojarzy się wyłącznie z gimnazjalistą, którego nie chce „ukochana” (tudzież „ukochany”, ażeby się gimnazjalistki nie poczuły bezkarnie). Cóż… Jestem podły. Wracając jednak do tematu. Jesienna chandra jest zapewne stanem psychicznym wywołanym przez pewne czynniki (charakterystyczne dla tej pory roku). Tak więc możemy tutaj wymienić ogólną pluchę i szarówkę, wczesne wieczory oraz diametralne spadki temperatury. Niczego odkrywczego w zasadzie nie napisałem, ale skoro mam już obrany taki temat, to spróbuję go wyczerpać (przynajmniej w pewnym stopniu). Z naukowego punktu widzenia jedną z przyczyn chandry jest też brak promieni słonecznych, które poprawiają samopoczucie i działają kojąco na psychikę (Coś w tym jest – w słoneczne poranki chce się wstawać znacznie bardziej).

Wyobraźmy sobie osobę z chandrą. Nie, nie jest to ubrany na czarno, długowłosy pan (tudzież pani) z ranami po żyletce na przedramionach i o ponurym wyrazie twarzy (nie wspominając o podkrążonych oczach). Ów sławny emo, tak? Nie bardzo kultywuję modzie na drwienie z depresyjnych (co wynika zapewne z wrodzonego nonkonformityzmu), bo toleruję ich tak samo jak wiele innych odmian ludzi. Po prostu chciałem wykreślić jedną z opcji (pewnie najprawdopodobniejszą), którą wybierze wyobraźnia drogiego czytelnika na słowa „osoba z chandrą”. Tacy ludzie są wśród nas i wbrew opiniom daleko im do powyższego opisu, ale to nie znaczy, że trudno ich wyśledzić. Otóż śmiem twierdzić, że uważna obserwacja podejrzanej o chandrę osoby powinna dać wymierne efekty. Pewnie nie każdy przeżywa to tak samo, ale podejrzewam, że w większości przypadków mamy do czynienia z bardzo podobnymi objawiami: chwilowymi wyłączeniami się na świat zewnętrzny, popadaniem w zadumę, smutniejszym niż u innych wyrazem twarzy, obojętnością i dystansem do okazywania uczuć (w zasadzie to obojętnością i dystansem do wszystkiego). Po co to piszę? Ano wystarczy wyobrazić sobie sytuację, w której rozmawiają dwie osoby. Jedna przytłoczona ostatnimi problemami oraz jesienną atmosferą, a druga wyluzowana, szczęśliwa i ogólnie beztroska. Czy jeżeli nasz optymista zacznie sypać przechwałkami i opowiadać o swoich sukcesach, to będzie miało to pozytywny wpływ na smutasa? No właśnie – Ot taka mała przestroga.

Jeżeli już jestem przy kontaktach interpersonalnych, to myślę, że warto zastanowić się nad tym jak podchodzić do przygnębionej osóbki. Tutaj o dziwo użalanie się, wspieranie i solidaryzowanie  jest nieskuteczne (No bo jak skuteczne może być to, że usiądzie ktoś obok, spuści głowę i zacznie farmazonić, iż jest do d***). Po raz kolejny sprawdza się broń optymistów – żarty. Nie ma nic lepszego na jesienną chandrę niż uśmiech (Ba! Uśmiech jest dobry na wszystko!). Jednak każdy dowcip, żart, czy też anegdotka musi być dobrze przemyślana i subtelna. Można sobie pozwolić na pewną dozę spontaniczności, ale w nadmiarze pewnie doprowadzi ona do palnięcia jakiegoś głupstwa. Jeżeli wszystko pójdzie jak należy i na twarzy smutaska zagości uśmiech, to są powody do dumy, bo właśnie drogi czytelnik spełnił dobry uczynek.

Jak to przechodzi? Myślę, że samo mija, kiedy zrobi się jaśniej. Dominująca biel za oknem i odbijające się od niej promienie słońca mogą być zbawienne. Z każdym dniem pojawiać się będą nowe okazje do tego, żeby poprawić swoje samopoczucie (Bitwa na śnieżki jest zabawą dla ludzi w każdym wieku! I kropka!). W końcu przyjdzie wiosna, wyższe temperatury, a wraz z nimi słońce i wszechobecna zieleń. Jeżeli nasza chandra (czy jak kto woli to zjawiskonazywać) nie przekształciła się w nic poważnego (a jeśli jej na to nie pozwolimy, to nie ma szans), to wszystko znów zacznie zachwycać, a energia wróci ze zdwojoną siłą.

Czego, i sobie, i każdemu z was życzę.

Tym optymistycznym akcentem zakończymy na dziś.