Eureka!

Każdy chełpi się tym, że marzy, pragnie, rozmyśla… Czasem odnoszę wrażenie, że to stało się modne – marzyć o czymś. Nawet jeśli ktoś ich nie posiada, to i tak sobie jakieś wynajdzie „bo wszyscy mają”. A ja nie marzę, czemu?

Odkąd pamietam zawsze byłem realistą. To czego pragnąłem raczej traktowałem jako cel, a nie marzenie. Nie rozmyślałem o tym, co chciałbym mieć, tylko raczej jak to zdobyć. Tak było z ukochaną kobietą, komputerem, dobrą szkołą etc. Tak jest i teraz, kiedy jako cel postawiłem sobie przyzwoitą pracę, wspólne mieszkanie z Nią i zaoczne studia prawnicze. Nie traktuję tego jako marzenia, bo wiem, że są osiągalne. A pragnienia, które jesteśmy w stanie zaspokoić to wg mnie cele.

Niewykluczone, że po prostu inaczej definiuję marzenia i cele niż większość społeczeństwa. Co prawda przyznaję, że czasem mam różnorakie wyobrażenia o mojej przyszłości z Nią, ale czy to są aby na pewno marzenia? Jak dla mnie to jedynie wyobrażenia tego, jak miałoby/powinno być za kilkanaście lat. Brzmi jakbym bał się słowa „marzyć”, co?

Kiedyś moja luba zapytała mnie, czy czasem tuż przed zaśnięciem sobie rozmyślam i marzę. Odpowiedziałem, że nigdy tego nie robiłem i w zasadzie chyba nie potrafię marzyć. Poprosiła mnie, żebym tego dnia wieczorem spróbował. Spełniłem jej proźbę. Próbowałem wyobrażać sobie, różne sceny z przysżłości, rzeczy któe chciałbym mieć… Pewnie nikt  sobie nie zdaje sprawy ile trudu mnie to kosztowało.

Nie umiem spontanicznie marzyć… Ale to czego pragnę, to chyba marzenia. Przekonam się o tym pewnie prędzej, czy później…