gertrud blog

Twój nowy blog

Jakiś czas temu pisałem o rozpoczęciu zarządzania swoim czasem. Jak też oświadczyłem, tak zrobiłem, jednak system okazał się niedoskonały. Wprowadziłem pewne poprawki, którymi chciałbym się podzielić.

Na początek notes. Otóż zrezygnowałem z tej formy przechowywania informacji, gdyż powodowała zbyt duże rozdrobnienie. Jego funkcję przejmuje smartphone, którym ostatnio się zająłem, by działał jak należy. Zmienia się też nieco rola Outlooka, który od teraz jest miejscem, gdzie znajdują się zadania oraz cele na najbliższy tydzień (co niedziela jego dane są synchronizowane z telefonem) oraz te powtarzające się cyklicznie. Bieżące rzeczy do zrobienia są wprowadzane do smartphone’a.

Zmiany też zaszły w zadaniach. Podzieliłem je na kilka folderów: Zadania (czyli projekty najważniejsze), na najbliższy tydzień, hobby, sfera artystyczna, kariera, postawa i przekonania, przyjemności, rodzina i życie osobiste, status finansowy, wykształcenie, życie społeczne oraz sprawność fizyczna. Wszystkie foldery (poza pierwszymi dwoma) odnoszą się do najważniejszych sfer w moim życiu, o które chcę dbać. Umieszczane tam są zadania, które w pewnym stopniu odnoszą się do projektów z folderu „zadania”, a także wszystkie pozostałe sprawy, które mają usprawnić i poprawić poziom danej sfery.

Starałem się maksymalnie uprościć proces zarządzania sobą, aby nie było przerostu formy nad treścią. Dzięki organizowaniu czasu w ten sposób zyskam poczucie uporządkowania w życiu oraz paradoksalnie – więcej czasu wolnego.

W chwili obecnej myślę jeszcze nad zastosowaniem nowego dzieła firmy z Redmond – MS OneNote, który jest przystosowany zarówno do zapisywania zadań jak i danych wszelakiego typu i notatek. To bardzo ciekawa, ale jednocześnie wszechstronna aplikacja, co sprawia, że przypisanie jej zastosowania jest dość trudne dla takiego pedanta jak ja. Zwyczajnie lubię otaczać się przedmiotami i rzeczami, które pełnią w moim życiu określoną funkcję. Oczywiście nie dotyczy to ludzi, choć pod pewnym względem i tutaj nigdy nie lubiłem się rozdrabniać i skupiałem na relacjach z tymi, na których mi najbardziej zależy, i którzy są najbliżsi mojemu sercu ;)

Miałem pisać o czymś innym, ale „pierścienie czystości” mnie na tyle zaintrygowały, że zdecydowałem się na oddanie na nie głosu. Otóż pomysł jest bardzo ciekawy, a inicjatywa księży naprawdę fajna. Cieszy fakt, że kościół coraz częściej przekazuje swoje idee w inny sposób niż trzydziesto minutowe kazania (O ile 30 minut przy dobrej porcji publicystyki katolickiej znieść można, a tyle pół godziny rzępolenia o niczym jest katorgą).

Przyznaję się bez bicia, że mam pierwszy raz styczność z ideą „pierścieni czystości” i jestem zaskoczony. Myślę sobie – „Kurczę, naprawde fajna inicjatywa”. I byłbym pewnie o tym przekonany jeszcze długo, ale coś mnie skusiło do przejrzenia internetowych zasobów na ten temat. Okazuje się, że pierścienie powstały bite 15 lat temu z inicjatywy ugrupowań chrześcijańskich propagujacych czystość przedmałżeńską. Gdzie? W USA oczywiście…
Skoro już ujawniłem, że pomysł jest amerykański, to nie muszę chyba wspominać o tym jak bardzo został skomercjalizowany? Pierścienie noszą gwiazdy popkultury, aktorzy i inne sławne osobistości. Niby wszystko ok – wyrażają swoje poglądy, mają mocno chrześcijańskie przekonania. Problem pojawia się dopiero, gdy akcję zaczyna wspierać ktoś pokroju Britney Spears (a wspierała swego czasu), czy pewnej nastoletniej „gwiazdeczki” showbiznesu (nazwiska nie pamiętam), która miała swoje półnagie zdjęcia do obejrzenia w sieci. Nasuwa się więc zasadnicze pytanie – piekna idea, czy po prostu moda i lans?

Do końca 2007 roku pierścienie założyło (dane z USA) około 5 milionów nastolatków. Czyżby wszyscy złożyli śluby czystości? Jak dla mnie wątpliwe… Okazuje się więc, że amerykańskie firmy jubilerskie skorzystały na pomyśle. W ciągu kilku lat przerobiły go na biznes. Smutne, ale niestety prawdziwe. Ciekawostką może być fakt, że jeden z droższych tego typu pierścionków, wykonany z białego złota i brylantów to wydatek rzędu 600 dolarów. Rzeczywiście w sam raz na kieszeń nastolatka…

A jak jest w Polsce? Tutaj wszystko się zaczęło 2 lata temu w małej miejscowości Zabawa. Pierścień czystości nosi u nas miano „pierścienia czystości błogosławionej Karoliny” i są związane z pewnym wydarzeniem z roku 1914. Wówczas 16-letnia Karolina Kózkówna broniła się przed gwałtem ze strony rosyjskiego żołnierza. Zamordował ją. 22 lata temu papież Jan Paweł II ogłosił ja błogosławioną. Istnieją jakieś przesłanki o kanonizacji, ale niestety nie dotarłem do żadnych źródeł (możliwe, że to tylko plotki). Od tego czasu błogosławiona Karolina stała się patronką czystości wśród młodzieży. Na pomysł wpadł kustosz sanktuarium poświęconego zmarłej, znajdującego się w miejscowości Zabawa (która była parafią Karoliny). W naszym kraju idea nie rozwija się tak prężnie jak za oceanem, ale trzeba przyznać, że cieszy się dużą popularnością już od samego powstania. Na chwilę obecną pierścienie nosi już kilka tysięcy młodych Polaków. W przeciwieństwie do USA nie jest to w tak dużym stopniu lansowane przez barwne postacie showbiznesu i z moich obserwacji wynika, że na ogół ma charakter mocno duchowy. Chwali się to nam.

A teraz odnośnie samego pomysłu i moich przemyśleń na ten temat. Otóż jak już wspomniałem – w założeniu jest to wspaniała inicjatywa, która pomaga ludziom budować trwałe związki oparte na czystej, nieskalanej miłości, a nie pożądaniu. W dobie, gdy co czwarte małżeństwo w Polsce kończy się rozwodem, jest to bardzo potrzebne moim zdaniem. Otóż żyjemy w świecie, gdzie seks jest chlebem powszednim. Widzimy go na bilboardach, w telewizji, na słupach ogłoszeniowych, w prasie itd. Młody człowiek często jest przesiąknięty durną ideeologią płynącą z gazet pokroju „Bravo” i czuje się wręcz zobowiązany do pewnych wzorców zachowań (jak np. pierwszy stosunek seksualny w wieku 17 lat – bo tyle wynosi średnia). Na szczęście moda, na szybkie tracenie dziewictwa powoli mija. Coraz częściej do głosu dochodzą rzesze tych, którzy konsumpcje związku zostawiają do sakramentalnego „tak”. Z jednej strony mnie to cieszy, a z drugiej nieco martwi. Bo jeśli grono tych osób się ciągle powiększa, to mogą się niedługo stać pożywką dla jakiegoś koncernu jubilerskiego, czy innego komercyjnego przedsiębiorstwa, a wtedy już niedaleka droga do powtórzenia „sukcesu” USA.

Powyższy tekst mógłbym równie dobrze nazwać wyznaniami hipokryty. Dlaczego? To niech będzie moją słodką tajemnicą ;)

Życie jest pełne testów. Tym nieco patetycznym stwierdzeniem zaczynam kolejną notkę. A jak się nietrudno domyślić będzie ona traktowała o jednym z takich testów. Maturę zdaje w naszym kraju ponad połowa obywateli. Jest to egzamin otwierający drogę ku dalszej edukacji. Każdy marzy o tym, by zdać i to z dobrym wynikiem.

Będąc jeszcze w gimnazjum myślałem o maturze jak o najgorszym piekle. W moich oczach była arcytrudnym i wymagającym egzaminem, który oblewa większość przystępujących. I trwałem w tym przekonaniu gdzieś do drugiej klasy LO. Tam wylano na mnie kubeł zimnej wody. Otóż okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Egzamin dojrzałości w istocie nie jest wcale aż tak ciężki, zwłaszcza jeśli chodzi o poziom podstawowy. Większość pytań tam zawartych do osiągnięcia magicznych 30% wymaga jedynie logicznego myślenia. Wbrew pozorom jakaś wyszukana wiedza okazuje się zbędna. Dlatego dziwią mnie ludzie, którzy mówią, że to trudne. Mam znajomego w szkole zawodowej, który przystąpił do matury z WOSu bez żadnego przygotowania i zdał ją na 34%. Wprawdzie nie jest to imponujący wynik, ale zdał.

I teraz nasuwa się pewne pytanie… Otóż skoro 90% ludzi przy odrobinie samozaparcia i wiedzy może zdać przyzwoicie maturę oraz dostać się na uczelnię wyższą, to czy jest to sprawiedliwe wobec tych, któzy zdają ją na wysokim poziomie? W moim mieście znajduje się Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa (słynne Pewues-zety). Tutejsi studenci w 70% wywodzą się z techników i zawodówek. Po ukończeniu szkoły będą mogli się chwalić wyższym wykształceniem, a nawet tytułem magistra (bo od niedawna pojawiła sie taka możliwość). Czy jest to fair wobec tych, którzy ukończyli Uniwersytet Jagieloński, czy Politechnikę Warszawską?

Składamy CV, aby zaciągnąć się do jakiejś pracy. Obok nas pracodawca ma do wyboru kilka innych osób o takim samym wykształceniu. Jaką mamy gwarancję, że będzie patrzył na to jaki poziom reprezentuje ukończona przez nas szkoła? Otóż żaden. Może się okazać, że wygryzie nas absolwent PWSZ, który przez całą swoją edukację zbijał bąki (Bo powszechnie wiadomo, że Państwowa Wyższa… nie jest szkołą, gdzie potrzeba dużych nakładów pracy).

Polski system edukacji jest nieco upośledzony pod tym względem niestety. Bowiem ludzie o różnych kwalifikacjach i wiedzy stają na tym samym poziomie pod względem wykształcenia. Sądzę, że wynika to z za małych wymagań względem uczelni. Szkoły, które kształcą w sposób dostateczny stają przy boku szkół, które budują polską inteligencję. I na dodatek absolwenci tych szkół mają niemalże taki sam start.

Miało być o maturze, a zrobiło się studencko i narzekająco. W zasadzie mógłbym ów problem wyłuszczyć bardziej i więcej się rozpisać, ale nie chcę przynudzać ewentualnych czytelników. Na pytania zadane w tekście proponuję sobie odpowiedzieć samemu – mam nadzieję, że dojdziecie do podobnych wniosków, a jeśli nie, to podyskutujecie ze mną w komentarzach ;)

Minęło dużo czasu od ostatniego wpisu. Rozleniwiłem się i straciłem werwę. W związku z tym, że należę do osób ze słomianym zapałem, ale za to o bardzo dużych ambicjach, postanowiłem wziąć się za siebie. Otóż moje myśli od dłuższego czasu krążą wokół tematu jakim jest samodoskonalenie oraz rozwój osobisty. Powszechnie jest to bodajże nazywane „psychologią sukcesu”. Nie mam zamiaru rozpisywać się na czym to wszystko polega. W zamian polecę kilka adresów:

  • www.proaktywnie.pl
  • www.osiagacz.info
  • www.2minuty.pl



Lektura powinna wyjaśnić wszystko dosadnie. Jednak wracając do szumnie zapowiadanej „reorganizacji”. W moim przypadku polega to na uporządkowaniu swojego życia i realizacji tego, co osiągnąć pragnę. A troszkę się uzbierało tych pragnień – począwszy od nauczenia się programowania, a na poprawie warsztatu pisarskiego i publicystyce skończywszy. Zapewne nasuwa się teraz pytanie – jak chce tego dokonać? Odpowiedź jest prosta – planowanie.

Cel

Zanim jednak przystąpię do planowania, musze określić
cele. Jak już wspomniałem jest ich trochę. Cała sztuka polega jednak na
tym, żeby dobrze zestawić je z moimi możliwościami. Warto też dodać, iż
lepiej być mistrzem w jednej dziedzinie, niż średniakiem w kilku.
Przytoczę tutaj amerykańskie przysłowie: Jeśli gonisz dwa zające naraz,
zgubisz oba. Toteż moje cele są rozplanowane na dwie grupy: Aktualne
projekty, zamiary na przyszłość. Chcę utrzymywać około 5 projetków,
którymi będę się ciągle zajmował. Te zrealizowane będą usuwane, a w ich
miejsce trafią cele z grupy zamiarów. Ważne, abym nie zapomniał tego
czego się nauczyłem, więc muszę pamiętać o cotygodniowym znajdowaniu
czasu na podtrzymywanie ich poziomu.

Każdy projekt, którym się zajmę znajdzie miejsce w MS Outlook, jako
folder na zadania. Każde zadanie w nim umieszczone ma być krokiem,
który przybliży mnie do pełnej realizacji celu. Dzięki temu zachowam
jako taki porządek, a każdy mały kroczek przyniesie mi motywację do
pracy.

Ważne, aby realizacja oraz ustalanie celów odbywały się także wtedy,
kiedy nie będę przy komputerze. Do tego celu mam dwie rzeczy -
smartphone’a, którego będę raz w tygodniu synchronizował z Outlokiem
oraz mały notesik, do którego będą trafiały sprawy na bieżąco (a potem
jako zadania trafią do Outlooka). Sam smartphone nie wystarczy do tego,
ponieważ nie przepadam za pisaniem na telefonie, a podejrzewam, że
tekstu będzie dużo.

Cały czas krążymy wokół tematu planowania. Przyjrzyjmy się mu bliżej.


Planowanie

Jest to nic innego jak spisywanie tego – co, gdzie i jak. W wyobrażeniu wielu osób to śmieszne narzędzie pedantów. Tych niewielu, którzy poznali jego dobrodziejstwa, wie o czym mówię. Dzięki spisywaniu zamiarów, oraz porządkowaniu codziennych obowiązków w terminarzu łatwo jest uzmysłowić sobie, że większość mojego czasu jest marnowana na czynności nie przynoszące większych korzyści. No bo jak inaczej można określić surfowanie po necie dla zabawy, maltretowanie znajomych na gg, czy „nicnierobienie”? Planowanie ma sprawić, że czas, który tracę na tego typu czynności, zostanie spożytkowany na czynności przynoszące efekty. Dla przykładu – Zamiast surfując po necie bez celu, poszukam kursów programowania oraz Turbo Pascala. Efekt? Dwa dni później usiądę do biurka i zacznę realizować to czego pragnę – uczyć się programować. Z perspektywy czytelnika może to brzmieć banalnie, ale dla mnie jest drogą do osiągnięcia celu.

Jak wcześniej zostało napisane, podczas planowania będę się posługiwał głównie Outlookiem (we współpracy z notesem i smartphonem). Ów program jest wyposażony w takie dobrodzjestwo jak kalendarz. W każdą niedzielę będę przenosił tam sprawy z mojego notesu. W programie zostaną uporządkowane oraz ewentualnie przerobione na zadania. Gdy terminarz na najbliższy tydzień będzie gotowy, trafi do telefonu. Dzięki temu będę go miał cały czas pod ręką i dam radę łatwo edytować w przypadku nieprzewidzianych zmian. Ciekawostką jest to, że przez niemal cały tydzień nie będę korzystał z kalendarza w Outlooku, a skupię się na tym w telefonie, który będzie po prostu aktualniejszy, bo edytowany na bieżąco.

Pojawia się zatem pytanie – na co notes. Otóż ma on być czymś w rodzaju skrzynki, do której będą trafiały plany na kolejne tygodnie, zamiary i pomysły. Wszystko to będzie zapewne nieuporządkowane, więc trafi prędzej czy później do Outlooka. Nagłe zmiany planów oraz zakłócenia w terminach nie będą trafiały do notesu – to działka smartphone’a.

Efekty

Efekty reorganizacji powinny być widoczne dopiero po jakimś czasie. Dlatego ważne, abym się nie zniechęcił brakiem widocznych sukcesów przez najbliższe dwa tygodnie. Może się okazać, że ów plan będzie mało produktywny, dlatego dojdzie do małych korekt. Ważne, aby nie był on przykrym obowiązkiem, a przyjemnością. Liczę, że dzięki efektywnemu zarządzaniu sobą osiągnę wszystko, co wyrysowałem na niekończącej się liście pragnień. Aby utrzymać zapał oraz motywację, będę musiał regularnie wracać do lektury „7 Nawyków” S. Coveya, a także myśleć, co dobrego przyniesie mi osiągnięcie danej rzeczy. Jeżeli wytrwam miesiąc, dalej będzie dużo łatwiej. Trzymajcie kciuki!


Zimno, smutno, szaro, buro i ponuro. Słowem – złota, polska jesień. Tą piękną ironią zaczynam kolejny tekst z rodziny „tych powazniejszych”.

Pogoda nas nie rozpieszcza. Po zimnym i niezbyt udanym lecie, które skończyło się wyjątkowo szybko, mamy jeszcze zimniejszą jesień. Żeby tak pojawił się śniego, to człowiek by się inaczej czuł wśród bieli, a tymczasem taplamy się w błotku obserwując ponure krajobrazy, a ich nastrój udziela się zdumiewająco szybko. Zaczyna brakować na wszystko siły i ochoty, problemy robią się jeszcze większe niż są w rzeczywistości, a wszystko co do tej pory cieszyło, staje się jakby mniej cieszące. I tak mijają te trzy, czasem cztery miesiące.

Dosyć ponury początek… Cóż, cały artykuł będzie chyba taki. W zasadzie mam ochotę pisać o wszystkim, ale ze względu na wyczucie dobrego smaku i krytykę wobec samego siebie nie zrobię tego (Co też może się okazać dla drogiego czytelnika zbawienne). Mamy pisać o jesiennej chandrze tak? Ciężka sprawa…

Czym właściwie jest owa chandra? Myślę, że wymawiając te dwa słowa, nie mamy na myśli żadnych poważnych chorób psychicznych (vide depresja), ani zaburzeń, czy wyolbrzymionych „dołów” autorstwa przewrażliwionych nastolatek. Swoją drogą – „dół” stał się chyba już słowem dośc infantylnym, bynajmniej w moim mniemaniu kojarzy się wyłącznie z gimnazjalistą, którego nie chce „ukochana” (tudzież „ukochany”, ażeby się gimnazjalistki nie poczuły bezkarnie). Cóż… Jestem podły. Wracając jednak do tematu. Jesienna chandra jest zapewne stanem psychicznym wywołanym przez pewne czynniki (charakterystyczne dla tej pory roku). Tak więc możemy tutaj wymienić ogólną pluchę i szarówkę, wczesne wieczory oraz diametralne spadki temperatury. Niczego odkrywczego w zasadzie nie napisałem, ale skoro mam już obrany taki temat, to spróbuję go wyczerpać (przynajmniej w pewnym stopniu). Z naukowego punktu widzenia jedną z przyczyn chandry jest też brak promieni słonecznych, które poprawiają samopoczucie i działają kojąco na psychikę (Coś w tym jest – w słoneczne poranki chce się wstawać znacznie bardziej).

Wyobraźmy sobie osobę z chandrą. Nie, nie jest to ubrany na czarno, długowłosy pan (tudzież pani) z ranami po żyletce na przedramionach i o ponurym wyrazie twarzy (nie wspominając o podkrążonych oczach). Ów sławny emo, tak? Nie bardzo kultywuję modzie na drwienie z depresyjnych (co wynika zapewne z wrodzonego nonkonformityzmu), bo toleruję ich tak samo jak wiele innych odmian ludzi. Po prostu chciałem wykreślić jedną z opcji (pewnie najprawdopodobniejszą), którą wybierze wyobraźnia drogiego czytelnika na słowa „osoba z chandrą”. Tacy ludzie są wśród nas i wbrew opiniom daleko im do powyższego opisu, ale to nie znaczy, że trudno ich wyśledzić. Otóż śmiem twierdzić, że uważna obserwacja podejrzanej o chandrę osoby powinna dać wymierne efekty. Pewnie nie każdy przeżywa to tak samo, ale podejrzewam, że w większości przypadków mamy do czynienia z bardzo podobnymi objawiami: chwilowymi wyłączeniami się na świat zewnętrzny, popadaniem w zadumę, smutniejszym niż u innych wyrazem twarzy, obojętnością i dystansem do okazywania uczuć (w zasadzie to obojętnością i dystansem do wszystkiego). Po co to piszę? Ano wystarczy wyobrazić sobie sytuację, w której rozmawiają dwie osoby. Jedna przytłoczona ostatnimi problemami oraz jesienną atmosferą, a druga wyluzowana, szczęśliwa i ogólnie beztroska. Czy jeżeli nasz optymista zacznie sypać przechwałkami i opowiadać o swoich sukcesach, to będzie miało to pozytywny wpływ na smutasa? No właśnie – Ot taka mała przestroga.

Jeżeli już jestem przy kontaktach interpersonalnych, to myślę, że warto zastanowić się nad tym jak podchodzić do przygnębionej osóbki. Tutaj o dziwo użalanie się, wspieranie i solidaryzowanie  jest nieskuteczne (No bo jak skuteczne może być to, że usiądzie ktoś obok, spuści głowę i zacznie farmazonić, iż jest do d***). Po raz kolejny sprawdza się broń optymistów – żarty. Nie ma nic lepszego na jesienną chandrę niż uśmiech (Ba! Uśmiech jest dobry na wszystko!). Jednak każdy dowcip, żart, czy też anegdotka musi być dobrze przemyślana i subtelna. Można sobie pozwolić na pewną dozę spontaniczności, ale w nadmiarze pewnie doprowadzi ona do palnięcia jakiegoś głupstwa. Jeżeli wszystko pójdzie jak należy i na twarzy smutaska zagości uśmiech, to są powody do dumy, bo właśnie drogi czytelnik spełnił dobry uczynek.

Jak to przechodzi? Myślę, że samo mija, kiedy zrobi się jaśniej. Dominująca biel za oknem i odbijające się od niej promienie słońca mogą być zbawienne. Z każdym dniem pojawiać się będą nowe okazje do tego, żeby poprawić swoje samopoczucie (Bitwa na śnieżki jest zabawą dla ludzi w każdym wieku! I kropka!). W końcu przyjdzie wiosna, wyższe temperatury, a wraz z nimi słońce i wszechobecna zieleń. Jeżeli nasza chandra (czy jak kto woli to zjawiskonazywać) nie przekształciła się w nic poważnego (a jeśli jej na to nie pozwolimy, to nie ma szans), to wszystko znów zacznie zachwycać, a energia wróci ze zdwojoną siłą.

Czego, i sobie, i każdemu z was życzę.

Tym optymistycznym akcentem zakończymy na dziś.

Eureka!

Każdy chełpi się tym, że marzy, pragnie, rozmyśla… Czasem odnoszę wrażenie, że to stało się modne – marzyć o czymś. Nawet jeśli ktoś ich nie posiada, to i tak sobie jakieś wynajdzie „bo wszyscy mają”. A ja nie marzę, czemu?

Odkąd pamietam zawsze byłem realistą. To czego pragnąłem raczej traktowałem jako cel, a nie marzenie. Nie rozmyślałem o tym, co chciałbym mieć, tylko raczej jak to zdobyć. Tak było z ukochaną kobietą, komputerem, dobrą szkołą etc. Tak jest i teraz, kiedy jako cel postawiłem sobie przyzwoitą pracę, wspólne mieszkanie z Nią i zaoczne studia prawnicze. Nie traktuję tego jako marzenia, bo wiem, że są osiągalne. A pragnienia, które jesteśmy w stanie zaspokoić to wg mnie cele.

Niewykluczone, że po prostu inaczej definiuję marzenia i cele niż większość społeczeństwa. Co prawda przyznaję, że czasem mam różnorakie wyobrażenia o mojej przyszłości z Nią, ale czy to są aby na pewno marzenia? Jak dla mnie to jedynie wyobrażenia tego, jak miałoby/powinno być za kilkanaście lat. Brzmi jakbym bał się słowa „marzyć”, co?

Kiedyś moja luba zapytała mnie, czy czasem tuż przed zaśnięciem sobie rozmyślam i marzę. Odpowiedziałem, że nigdy tego nie robiłem i w zasadzie chyba nie potrafię marzyć. Poprosiła mnie, żebym tego dnia wieczorem spróbował. Spełniłem jej proźbę. Próbowałem wyobrażać sobie, różne sceny z przysżłości, rzeczy któe chciałbym mieć… Pewnie nikt  sobie nie zdaje sprawy ile trudu mnie to kosztowało.

Nie umiem spontanicznie marzyć… Ale to czego pragnę, to chyba marzenia. Przekonam się o tym pewnie prędzej, czy później…

Tytułem wstępu

Brak komentarzy

Dzińdybry!

Szczerze powiedziawszy, nie wiem, co moge napisać w pierwszym poście… Lewa półkula mózgu podpowiada mi, że coś o sobie. Toteż skorzystam z rady, bo na anonimowości mi nie zależy. Mam na imię Tomek i pochodzę z Płocka zwanego też stolicą Mazowsza. Poza „najgłupszym prezydentem w Polsce” (Ten cytat udało mi się wyłapać w jednym z komentarzy pod lokalnym artkułem na stronie Gazety Wyborczej) miasto to ma jeszcze to do siebie, że nie dysponuje od dwóch lat żadnym kinem, a większość inwestycji w nim planowanych, takimi (czyli planowanymi) pozostaje przez bardzo długi czas. Jeśli kogoś by to interesowało to powietrze w Płocku swoją (nie)czystość zawdzięcza Orlenowi, który za czasów socjalizmu postawił tutaj swoją rafinerię oraz umieścił kombinat. No… To o zamieszkaniu chyba tyle.

 Na chwilę obecną jestem maturzystą (typowy humanista z ogromnym pociągiem do pisania, co, mam nadzieję, udowodnię tym blogiem). Zainteresowania? Huh… Dużo tego. Począwszy od literatury fantastycznej, poprzez gry fabularne i szeroko pojętą informatykę, a na muzyce, historii, pisarstwie oraz samodoskonaleniu skończywszy. Chętnie podsykutuję z ludźmi o podobnych upodobaniach, toteż zachęcam do komentowania.

Nie wydaje mi się, żeby temat „ja” był na tyle interesujący, by rozpoczynać kolejny akapit. W miarę upływu czasu pewnie pojawi się tutaj masa rzeczy o mnie (tak, tak – czasem czuję potrzebę napisania samolubnego tekstu o samym sobie), więc  ewentualni czytelnicy zaspokoją (lub nie) ciekawość.

Póki co tyla.

P.S. A propo „ewentualnych czytelników”. Muszę was zasmucić moi mili, bo ów blog jest głównie sposobem na zrelaksowanie się, poprawienie warsztatu oraz głośne przemyślenia. Jeżeli ktokolwiek oczekuje pisania pod publiczkę – zawiedzie się.


  • RSS